Bikemaraton- Polanica Zdrój

Kolejny weekend- kolejny wyścig. Przed sobotą był dylemat- jechać na ligę Bikemaraton.pl czy na Bikemaraton organizowany przez Macieja Grabka. Obie lokalizacje mi pasowały- Przesiekę bardzo lubię, spędziłem już tam trochę czasu i pojechałem kilka wyścigów. Za to w okolicach Polanicy spędziłem 3 tygodnie na zgrupowaniu przed MP w maratonie, a podjazd pod Hutę ( a raczej jego pierwszy kilometr ) pokonywaliśmy z Darkiem średnio 12 razy dziennie :). Wybór padł na Polanicę...przeważył o tym fakt rozgrywania tam edycji Akademickiego Pucharu Polski.

Na miejsce dojechaliśmy około 9:00. Kolejka do rejestracji długa, ale w sumie sprawnie obsługiwana. Zabrakło obiecywanych koszulek, ale organizatorzy proponowali inne gadżety, lub wysyłkę koszulki kolarskiej pocztą w późniejszym terminie. W sumie 20 koszulka mało potrzebna, no ale zawsze jakaś pamiątka będzie :). Przed rozgrzewką odwiedziliśmy z Darkiem jeszcze WC, przy okazji wysmarkałem sobie nos, co by zapewnić dobra wentylację podczas wyścigu...no i chyba trochę za mocno to zrobiłem, bo lekko poleciała mi krew...tzn. najpierw lekko :). Darek od razu zaczął żartować o dopingu;-)...no ale jedyny doping jaki stosowałem to szpinak ;-))))). W sumie mnie to trochę zdziwiło, bo krew z nosa rzadko mi leci, aczkolwiek chyba mam tam jakieś osłabione naczyńko, bo jak byłem mały ten problem występował dość często, ale ostatnio się nie zdarzało. W każdym razie rozgrzewkę zaczynałem z chusteczką zwiniętą w rulon i wsadzoną w nos :). Szczęśliwie po zakończonej rozgrzewce krew już nie leciała. Miałem tylko nadzieję, że gdy tętno skoczy na 190 też wszystko będzie ok. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po murawie stadionu, na którym było umiejscowione biuro zawodów, a następnie ustawiliśmy się na linii startu.

Wystartowaliśmy punktualnie. Trasa miała przebiegać po znajomych z poprzedniego roku terenach z małymi wyjątkami. Został usunięty bardzo nierówny zjazd drogą Stanisława...może i dobrze, bo w zeszłym roku cały tydzień bolały mnie dłonie. W tym roku zamiast podjazdu droga Wieczność ( prosta jak drut droga ciągnąca się przez dobre kilka kilometrów), był zjazd. Bez zmian został jedynie podjazd pod Hutę- asfaltowa droga o dość sporym nachyleniu. Start odbył się dość spokojnie. Jechałem z przodu, zaraz za samochodem. Ot taki plan- jak najdłużej wytrzymać z czołówką, a potem i tak dać z siebie wszystko. Zakręt o 90* w lewo i pierwszy podjazd po kostce. Było mocno, ale bez przesady. Jechałem na 3-4 pozycji, ale na razie to i tak nie miało znaczenia. Samochód pilota odjechał trochę do przodu, a za nim wyrwał tylko Darek :). Samochód zjechał na pobocze, bo zaraz zaczynały się już prawdziwie górskie odcinki. Darek wrócił do peletoniku. Podjazd ciągnął się dalej, wiadomo- początek wyścigu, więc jedzie się na całego, jednak czułem się dobrze, nadzwyczaj dobrze. Następnie zaczęły się 3 krótkie odcinki dość mocno kamieniste- ot trzeba było trafić na odpowiedni tor aby podjechać. Pierwszy podjazd bezproblemowo, na drugim gdzieś koło zabuksowało i się musiałem podeprzeć, ale szybko zacząłem jechać dalej- straciłem jednak może z 1-2 pozycje. Chwilka po szutrze i kolejny dość strony podjazd po kamieniach. Chciałem zredukować bieg na małą tarczę z przodu, ale coś się zacięło ( dość duże obciążenie było, bo już pod górę mocno się jechało, więc się nie dziwię, że nie chciało zmienić biegu), no nic- przyszło mi atakować dość stromy podjazd ze środkowej, podczas gdy wszyscy młynkowali na wysokiej kadencji. Szczęściem był dość krótki, więc stanąłem na pedały i dałem ognia, kamienie leciały na wszystkie strony :)...no i chyba wyszło mi to na dobre, bo wyprzedziłem z 3-4 osoby nawet, no i się udało podjechać na ciężkim biegu, za to dużo szybciej niż konkurencja :). Podłoże się zmieniło na przyjemne szutry, ale podjazd ciągnął się dalej. W sumie z tego fragmentu mało co pamiętam, a no tylko to, że do około 12 kilometra widziałem Darka, tylko nie wiedziałem, czy to ja jadę dobrze, czy on trochę gorzej :). Gdy zaczął się zjazd byłem w 3osobowej grupce. Wyszło nam to na dobre, bo pojechaliśmy ładnie po zmianach, oszczędzając trochę sił. Wyjechaliśmy na asfalt w miejscowości Młoty, wiedziałem, że jeszcze chwilka i zacznie się najważniejszy podjazd pod Hutę- na nim wszystko się rozstrzygnie. Już na początku odstawiłem towarzyszy z którymi jechałem cały zjazd. Przede mną jeszcze grupka 3 kolarzy....poległa już po pierwszych 500m podjazdu. Jechało mi się wyśmienicie. Jednak psychiczna znajomość podjazdu dawała przewagę- może niekoniecznie to, że pamiętałem gdzie jaki jest, bo na treningach robiłem tylko pierwszy 1km, ale jakaś taka świadomość, że tu byłem, tu trenowałem, tu przelałem dobre kilka litrów potu i krwi...no dobra, bez przesady ;-))). Choć dość trafnie określił to Darek opowiadając Mariuszowi o zgrupowaniu i treningach pod Hutę: Gdy tam jeździliśmy przyglądały się nam okoliczne dzieci. W pierwszy dzień biły brawo, w drugi dzień machały do nas, w trzeci, pytały się kiedy wyścig, a potem to już tylko mówiły znudzone 'dzień dobry'...i tak przez ponad dwa tygodnie :). Tak więc na podjeździe dałem z siebie wszystko. Gdy kończył się asfalt ( ciągnie się on do ~2/3 podjazdu) dojrzałem przed sobą kolejnego zawodnika i sukcesywnie go dochodziłem. Podłoże zmieniło się w średniej wielkości ubite kamyki, po których dość ciężko się jechało. Na szczycie podjazdu jakiś kibic krzyknął, że mam 2,5minuty straty do pierwszego. 2,5 minuty!!!! Przecież to niemożliwe. A pierwszy pewnie Piotrek Formicki- jeszcze rok temu jeżdżący w zawodowej grupie Lotto, a ja mam tylko 2,5 minuty starty po dobrej półtora godziny wyścigu. To dodało skrzydeł. Psychicznie czułem się wyśmienicie- od tego baaardzo dużo zależy. Gdy lekko się wypłaszczyło doszedłem zawodnika jadącego przede mną i wyprzedziłem. Siadł mi wprawdzie na koło, ale w sumie dobrze, bo przed nami zjazd droga wieczność i współpraca była wskazana. Najpierw ja pociągnąłem, potem chwilę on, wspomniał przy okazji, że jedziemy na 5 i 6 pozycji. Nie chciało mi się wierzyć. Potem znów ja wyszedłem na prowadzenie, wiedząc, że to już prawie koniec zjazdu dołożyłem ognia i zgubiłem rywala. W oddali zaczęła majaczyć żółta sylwetka zawodnika jadącego na czwartej pozycji. Nie chciało mi się wierzyć, ale go doganiałem. Dogoniłem go w okolicach Rozdroża, okazał się nim być Damian Mroncz. No to teraz okazało się jasne- to chyba ja dobrze jadę...no chyba, że wszyscy inni jadą źle :). Pojechaliśmy trochę razem, ale Damian odszedł na technicznym zjeździe, ale po nim znów go doszedłem, mijając po drodze Darka, który niestety złapał gumę. Teraz zaczynał się chyba ostatni podjazd przed metą. Plan był prosty- trzymać się konkurenta, a potem wygrać finisz. Jednak na tym podjeździe widać było różnice klas pomiędzy nami. Damian odjechał na dobre 15-20 metrów, trudno, a była szansa na podium, ale i tak się cieszyłem niesamowicie z tego co mam. Potem tylko zjazd do mety po kostce. Wjazd na stadion i wystarczyło już tylko okrążyć bieżnię i przejechać pod banerem "Meta". Koniec! No i stało się prawdą- 4 miejsce, wprost nie mogłem uwierzyć.

Maraton był dość szybki....a może ja szybko jechałem?:). W każdym razie przejechanie dystansu 54,5km zajęło mi 2:06:55 ( oficjalnie 2:07:52,57, bo pewnie liczone równo od godziny 11:00, a wystartowaliśmy troszkę po ), co dało średnią 25,8 km/h . Strata do pierwszego Bogdana Czarnoty 4:40, do Piotrka Formickiego 4:28, a do Damiana Mroncza zaledwie 11 sekund. Chwile po mnie ( 20 sekund ) przyjechał Darek. Maraton był jak najbardziej udany, organizacja na najwyższym poziomie. Cieszę się, że wybrałem Polanicę zamiast Przesieki. Oczywiście na mecie ciepły posiłek- dobry makaron z dobrym sosem, co w porównaniu do tego ( bo dalej nie wiem co to było- przypominało zupę pomidorową z rozdrobnionym ryżem;-) ), co dawali ostatnio u G. Golonki na Lidze Bikemaraton.pl w Krakowie było jak niebo w porównaniu do Ziemi :). Dekoracja i rozdanie nagród przeprowadzone bardzo sprawnie. No a sponsorzy też się popisali, bo nagrody naprawdę całkiem przyzwoite, nawet za 4 miejsce. Dodatkowo udało mi się załapać jednak na pudło w kategorii Pucharu Polski AZS :). Tego dnia prawie wszystko układało się tak jak należy. Jechało mi się niesamowicie, może nie czuję jakiejś wielkiej zmiany w fizycznej części mojej formy, jednak psychicznie czuję się jak bym mógł wjechać na każdą górę na przełożeniu 44x11 :). Od 2 tygodni odkryłem w sobie nową siłę, a ta siła jest bardzo, bardzo mocna, aż żal, że sezon się już kończy, ale dam z siebie wszystko na kolejnych wyścigach. Trzeba dobrze zakończyć ten sezon, aby mieć motywacje na długie zimowe treningi.