DTT Zawonia- jazda parami na czas
Trzeba powiedzieć wprost- do Zawoni jechaliśmy z Darkiem aby wygrać:). Rok temu nam się udało bez zbędnych przygotowań i inwestycji. Teraz było inaczej- lemondka, kask do czasówek ba, nawet ochraniacze na buty zmniejszające zawirowania powietrza. Przyjechaliśmy zawczasu, wiec mieliśmy jeszcze chwilkę aby objechać trasę samochodem i przypomnieć sobie najtrudniejsze fragmenty ( głównie chodziło o zakręty). Przyjechaliśmy na start/metę i zaparkowaliśmy trochę dalej, aby być w cieniu, bo słońce już dość mocno prażyło. Od razu zauważyliśmy dużo lepszą obsadę niż rok temu: był Albert Fokt, Rafał Hebisz, krążyły też pogłoski o przyjeździe bardzo silnych juniorów, ale chyba się nie sprawdziły...albo nie byli wcale tacy silni ;-). Zapisaliśmy się jako ostatnia para ( co przysługiwało ubiegłorocznym zwycięzcom). Pary miały startować co minutę począwszy od godziny 14:00, a nasza kategoria wiekowa (18-35) startowała jako ostatnia, więc szybko policzyliśmy, że wyruszymy na trasę około 14:50. Jednak pary nie zaczęły ruszać o 14 ( niby jakieś opóźnienie nie z winy organizatora), a my już zaczęliśmy rozgrzewkę. Byliśmy daleko od biura zawodów, więc nagłośnienia prawie wcale nie słyszeliśmy i w sumie tylko się oglądaliśmy ile par jeszcze się kręci dookoła startu. Mieliśmy numer 49, więc patrzyliśmy który numer startuje, ale zamieszanie było tak duże, że w końcu okazało się, że to już nasz czas ruszać, a my jeszcze na trenażerach kręciliśmy robiąc ostatnią tempówkę. Szybko schowaliśmy trenażery do samochodu i ustawiliśmy się na linii startu. Wszystko działo się w niebywałym pośpiechu. Dostaliśmy znak, że jeszcze 30 sekund. Jeszcze trzeba było wrzucić na blat, co nie obyło się bez problemów. Szkoda, że się trochę spóźniliśmy, bo mieliśmy nadzieję gonić Fokta, a tak, to wystartowali dobre 3 minuty przed nami a nie minutę tak jak miało być. No ale w końcu odliczanie dobiegło do końca i wystartowaliśmy.
Na początku trochę się gubiliśmy, nie wyszliśmy równo z zakrętu, wszystko za sprawą tego pośpiechu na starcie. No ale już pełne skupienie, bo niedługo zaczyna się podjazd- najdłuższy na trasie, na którym mogło się dużo rozstrzygnąć. A trasa taka jak rok temu- czyli mniej więcej pętla 24km, którą trzeba pokonać 2 razy, teren w większości pofalowany, a asfalty w dobrym stanie, no może z wyjątkiem ostatnich 3km. Słowem trzeba było dać z siebie wszystko- no i dawaliśmy. Tętno wskoczyło powyżej 195 uderzeń na minutę, a my wspinaliśmy się pod górę niczym Armstrong...z Hincapiem oczywiście :). Było ciężko, najważniejsze, to było przetrzymać ten moment, moment, gdy organizm doznaje swoistego szoku na samym początku. W sumie i tak go zminimalizowaliśmy dzięki dobrej rozgrzewce, ale i tak mięśnie nóg domagały się aby natychmiast przestać pedałować. Ale nie, nie teraz, nie gdy możemy wygrać, bo na prawdę w to wierzyliśmy. Podjazd już za nami, teraz szybki zjazd ponad 70 km/h i ostry skręt w lewo...osty tym bardziej, że po zewnętrznej jechały samochody i nie dało się go szeroko wziąć. Teraz zaczęła się seria małych pagórków, jednak jechało się dobrze- teren był osłonięty od wiatru. W Złotowie kolejny skręt w lewo. Tętno nieznacznie spadło- do 185-190 gdy prowadziłem i 180-185 gdy jechałem za Darkiem. Jednak to i tak było wysoko- niejako gwarant, że dobrze wypadniemy. Jechaliśmy szybko, piekielnie szybko, wiedzieliśmy, że szybciej niż rok temu. Wiedzieliśmy, że możemy wygrać i to nam dodawało mocy. Mijaliśmy kolejne pary, raz, może dwa któraś próbowała utrzymać się nam na kole, jednak nie trwało to nigdy długo, najdłużej do pierwszej górki. Jednak jako kolarzom MTB podjazdy nam pasują. W Czeszowie dwa zakręty w lewo i już jesteśmy na prostej do mety, szkoda, że to pierwsze kółko :). Jedziemy szybko, korzystając, że asfalt jest wysokiej jakości, wiemy, że zaraz będzie gorzej... no i jest, nie dość, że asfalt zmienia się w tarkę, to do tego pod górę i pod wiatr, no ale to tylko kolejna trudność, kolejna trudność na której możemy zyskać przewagę nad innymi parami. Widać już Zawonię- przejeżdżamy przez linie mety. Jeszcze tylko drugie tyle i będzie dobrze...musi być dobrze. Pokonujemy decydujący podjazd po raz drugi, teraz decydujemy się to zrobić trochę łagodniej, aby dać ognia na dalszej części trasy. "Łagodniej" nie znaczy, że prędkość spadała poniżej 30 km/h. Drugie kółko jechaliśmy równie mocno co pierwsze. Po prostu dawaliśmy z siebie wszystko- jechaliśmy z całych sił i jeszcze szybciej :). Wszystko się dobrze zgrywało, no może ja trochę czasem za mocno szarpnąłem, trochę mało płynnie dałem zmianę. Jak z 5km przed metą Darkowi skończyło się picie, przekazaliśmy sobie bidon lepiej niż nasi panowie pałeczkę w sztafecie 4x400m ;-). Do mety już blisko. Nie można było się oszczędzać. Tak 2km przed nią zaczęliśmy już finisz. Tętno znów wskoczyło do przedziału 190-195 i co najważniejsze aż do mety nie spadało. Najpierw ja dałem mocną zmianę, a na sam koniec docisnął Darek doprowadzając ta walkę z czasem do końca. Oj pamiętam dobrze to uczucie sprzed roku gdy nie mogłem nic powiedzieć. Tak było i teraz, kręciłem już leciutko w sumie tocząc się z górki, ale oddychałem dalej jak bym jechał 45 km/h, mięśnie nóg paliły naprężone tak jakby chciały przebić się przez skórę. Pomimo, że było dobre 27*C i było mi potwornie gorąco wewnątrz, na skórze pojawiła się gęsia skórka. Tak! To był znak, że dało się z siebie wszystko, że ani sekunda nie poszła na marne, że było dobrze, że wygraliśmy? Tego jeszcze nie wiedzieliśmy.
Szybko rzuciłem okiem na zapis czasowy z Polara- około 1:07:30. Jest dobrze- czas z zeszłego roku poprawiony o 2 minuty i 3 sekundy. Średnia prędkość wyniosła 42,33 czyli o 1,25 km/h lepiej niż przed rokiem. Średnie tętno 184!!! Na mecie okazało się, że raczej team Corratec z Foktem nam nie zagroził, więc co? Udało się? Mogli nam jeszcze zagrozić jedynie szosowcy z Ostrowskiego Interkolu. Jednak oni mówili coś o czasie 1:08:30. Więc chyba się udało!!! Szybko się umyliśmy i poszliśmy szukać kogoś z organizatorów, aby się upewnić. Jednak okazało się, że liczenie czasów odbywa się za zamkniętymi drzwiami i nikt nie ma wglądu. Nie ukrywaliśmy, że nas to trochę rozbiło- pomiar czasu odbywał się ręcznie, bez pomocy elektronicznych chipów, a w końcu to były gminne dożynki, więc wiadomo o co chodzi- już na starcie podawałem pani moje nazwisko 3 razy, a ona myliła kolejność literek, więc czy aby na pewno powierzanie liczenia czasów w ich ręce to dobry pomysł? Jeżeli dodamy do tego zamieszanie na starcie....no cóż- byliśmy pełni obaw. No i najgorsze się stało- gdy ukazały się wyniki byliśmy drudzy za parą z Ostrowa. No i niestety nie było nawet czasu na reakcje, bo od razu wszyscy zostaliśmy wywołani na podium. No i niestety, że tak powiem ZONK :), żal trochę, ale nie bardzo wiadomo do kogo. Już nie chodzi o nagrody bo ominęło nas z 800zł x 2 ( no bo jeżeli byśmy się ścigali dla kasy, to daleko byśmy nie zajechali), ale o samo zaistnienie- wygranie drugi raz pod rząd przyniosło by pewną renomę, szczególnie, że było trochę wpływowych ludzi z Ryszardem Szurkowskim na czele. No ale trudno się mówi, wiemy, że jesteśmy dobrzy i robimy postępy, a za rok będzie jeszcze lepiej, dużo lepiej.
Dziękuję wszystkim znajomym, którzy przyjechali do Zawoni, kibicując i robiąc zdjęcia wspierali na trasie- to dodaje sił. Dziękuję i obiecuję, że za rok będzie lepiej!
Poniżej kilka zdjęć, a więcej w galerii matb'a