Maraton Krakowski ma swój urok i to pewnie dlatego przyjeżdża tak wiele osób. Mnie tez nie mogło tam zabraknąć. W sumie rok temu mi się tu nie poszczęściło, bo zaraz za pierwszym bufetem wyciąłem pięknego fikołka przez kierownicę. Trzeba było się odegrać na trasie...choć w tym roku była trochę łatwiejsza- nie było dużo błota... choć w sumie zamiast niego były koleiny. Do Krakowa przyjechałem dzień wcześniej, więc spokojnie mogłem się wyspać, a wpierw odebrać zestaw startowy i chipa... niestety trwało to dość długo, a kolejka nie była taka znowu długa, raczej obsługa niezbyt szybka.
Rano dojechałem kilka km na błonia i zdzwoniłem się z kolegą klubowym Bratkiem, u którego miałem szczęście zostawić plecak i zbędne rzeczy. Czas do startu minął szybko i już trzeba było zacząć rozgrzewkę. Nie miałem trenażera, ale tu to nie był problem, bo trasa wzdłuż błoń nadawała się do rozgrzewki wyśmienicie. Na 5 minut przed startem pojechałem się ustawić. Jeszcze tylko odliczanie: 10,9,8,7,6...i ruszyliśmy... 5,4,3,2,1 nie było ;-). Na początku lekka selekcja po dziurawych błoniach...jednak rok temu mi to bardziej przeszkadzało, teraz zaś minęło to szybko i raczej bezboleśnie. Na asfalt wyjechałem w pierwszej grupce nie licząc dwójki, która odskoczyła od samego początku. Selekcja zaczęła się na pierwszym podjeździe przed Laskiem Wolskim. To gdzieś tu minął mnie Marek Tyniec, miejscowy, krzycząc "robię ten podjazd po raz 168 w tym roku" :)))). Jechało się ok. Tętno raczej wysokie 185-190 i nie było problemu z jego utrzymaniem. Co najważniejsze pozbierałem się psychicznie po Szklarskiej Porębie.. ba, byłem bardzo zmotywowany. Wprawdzie tydzień poprzedzający krakowski maraton upłynął pod znakiem mocnych treningów, mających na celu przygotowanie do DTT w Zawoni 4 września, ale czułem się dobrze, więc dwa dni kompensacji wystarczyło, aby dobrze jechać. Po raz pierwszy też jechałem od razu z założeniem na mega a nie na giga. Krótszy dystans- więc trzeba dać ogień od początku... no i dałem. W sumie z trasy mało co pamiętam...no może poza miejscem gdzie rok temu wywinąłem "orła". Było trochę jazdy w lesie, długich podjazdów raczej nie stwierdziłem, raczej przecinanie wąwozów- wiec w dół a potem zaraz w górę. W każdym razie trasa fajna, bo prawie w całości przejezdna. Trochę źle zagospodarowałem piciem między pierwszym a drugim bufetem, ale w sumie nie było to jakieś wielkie odwodnienie. Było dobrze, miejsce przyzwoite no i co ważne to raczej ja wyprzedzałem a nie mnie wyprzedzano. Dojechałem do rozjazdu. Wcześniej był bufet...no i tak się zająłem uzupełnianiem picia, że nie zauważyłem czy pojechałem mega czy giga :PPP...ale na szczęście okazało się, że dystans krótszy, czyli zgodnie z planem. W zasięgu wzroku pojawił się kolejny zawodnik. Plan był prosty- dojść go przed Laskiem Wolskim, a potem odejść na technicznych ( względnie ;-)..jak to na lasek Wolski ) zjazdach. Niestety plan legł w gruzach.... czy dokładniej mówiąc w szkłach...a jeszcze dokładniej mówiąc to w jednym co mi się wbił w oponę. No nic- nie ma co się zastanawiać- szybka wymiana dętki. Niestety i tak podczas niej wyprzedzili mnie czterej zawodnicy. Potem goniłem ile sił w nogach, ale nic to nie dało niestety. Przyjechałem na 14 pozycji w open i 11 w kategorii M2. No cóż.. gdyby nie guma to może by było pudło...no ale nie ma co rozpamiętywać- jechało się dobrze i to najważniejsze. Teraz trzeba się przygotować do jazdy parami na czas w Zawoni. Maraton udany, choć kilka organizacyjnych niedociągnięć. Wspomniana kolejka...dość kiepsko obsługiwana, aż nie chce myśleć co się działo w niedzielę rano. Oznaczenie trasy w dwóch- trzech miejscach było dyskusyjne, ale na szczęście nie udało mi się zabłądzić. No i karygodny błąd- w sumie fajnie, że pomyślano o mniej zaawansowanych rowerzystach i zrobiono im dystans hobby- 30km, ale czemu biegł on pod prąd zawodnikom powracającym z dystansu mega???? No cóż, szkoda, ale i tak wyjeżdżałem z Krakowa zadowolony. Było dobrze, będzie jeszcze lepiej :).