Festiwal rowerowy- Szklarska Poręba

Miało być dobrze a było tak sobie- tak można w skrócie opisać wynik, który wykręciłem na maratonie w Szklarskiej Porębie. Niby wszystko jak tydzień temu, dobre przygotowanie, dobra rozgrzewka, ale na trasie brakowało wszystkiego. A co zawiniło.. najgorsze, że dalej nie wiem. No ale po kolei :) : Przyjechaliśmy ( Darek, Mariusz i ja) dość wcześnie, bo do 9:00 trzeba było się już zapisać i odebrać numer startowy. Start miał być o 10:30. Rano padało, ale teraz było już cieplej, chyba nawet cieplej niż tydzień temu na Mistrzostwach Polski. Jednak rozgrzewkę zrobiliśmy w całości na trenażerach. Na starcie już czekała ekipa Lotto, więc i my się ustawiliśmy. W sumie starto odbył się bez zbędnych opóźnień...no i dobrze, bo zaczęło się chmurzyć :)

Na początku pętelka honorowa do centrum miasta ( bo start był usytuowany zaraz obok stacji wyciągu na Szrenicę). Problem był w tym, że nie było podjazdu, tylko zjazd- grupa zamiast się rozciągać, to się zacieśniała. Trzeba było szybko przesunąć się do przodu, bo od tyłu dochodziły odgłosy giętego aluminium i łamanych kości...no dobra, może trochę przesadziłem, ale dwie kraksy były. szczęśliwie stwierdziłem, że warto ustawić się za kimś doświadczonym, więc siadłem na koło komuś z Lotto, szczęśliwie dojeżdżając do podjazdu, gdzie zapał niektórych okazał się być słomiany...do bólu :). Mi na razie jechało się dobrze, zaczął się trudniejszy trochę błotnisty podjazd... trzeba było zredukować bieg z środkowej na małą tarczę z przodu... no i stało się- łańcuch spadł... szkoda trochę, bo czołówka uciekła. Swojego czasu miałem źle wyregulowaną przednią przerzutkę, ale ostatnio chodziło wszystko super, no ale pech widocznie. No trudno, trzeba jechać dalej, zaraz pierwszy zjazd. Początkowo kamienisty, potem coraz drobniejsze kamyczki, aż w końcu szuter. Trochę płaskiego i znów podjazd. Trzeba się napić... no tak, ale każdy wie, że nieszczęścia chodzą parami- bidon został jakieś 2km z tyłu na kamienistym zjeździe.. chyba jednak nie warto inwestować w lekki koszyki na bidon, bo trzymają go dość słabo- w tamtym sezonie zgubiłem bidon tylko raz...w tym- nawet nie liczę. Dobrze, że miałem rezerwowy bidon napełniony do połowy- zawsze coś. Szkoda tylko, że od tej pory nie szło mi już za dobrze. Mogę jeszcze tylko wspomnieć, że trasa była mało ciekawa- ot utwardzane podjazdy i szybkie szutrowe zjazdy typu 'kto więcej zaryzykuje na zakręcie, ten szybciej zjedzie' . Gdyby nie podjazd pod Petrovkę, to trasa by była straszliwie nudna. No a wspomniany podjazd był faktycznie ciężki...tzn. do podjechania, gdyby nie padający od około 5km deszcz. Kamienie stały się strasznie śliskie i kawałem podjazdu trzeba było podbiec....no podejść :) W sumie nie wiem kiedy zapadła decyzja aby jechać na małe kółko. Wszystkie nieszczęścia się nałożyły, do tego doszedł dość mocny ból kręgosłupa ( w sumie nie wiem czym spowodowany), no i chyba zawiniła psychika. Przyjechałem chyba 11 open i 7 w kategorii z licencją. Niby ok., ale ja mam zawsze jakiś niedosyt gdy jadę małe kółko, no ale tu po prostu nie było sensu jechać dużego- wszystko szło nie tak jak miało być.

Epilogiem tej powieści o mej męczarni na Szrenickim stoku było 1,5godzinne oczekiwanie na klucz do samochodu :)...szkoda tylko, że ciągle padało i wiało, było z 10*C a ja byłem trochę przemoczony. Wielkie dzięki dla Adama z Harfy, który użyczył mi swojej kurtki- bez tego to bym na 100% jakąś chorobę złapał. No to teraz tylko trzeba wyciągnąć wnioski i pojechać jeszcze te kilka wyścigów w tym sezonie, oby z dobrym wynikiem. Trening został trochę zmodyfikowany, więc jestem dobrej myśli. Na razie tylko 3 zdjęcia i to w małej wielkości, ale postaram się dostać większe. To z mety szczególnie mi się podoba- chyba pierwsze fajne zdjęcie jakie kiedykolwiek mi ktoś zrobił na wyścigu :).