Mistrzostwa Polski w maratonie MTB- Duszniki Zdr.
No i najważniejszy wyścig w sezonie za mną. W skrócie: ciekawa trasa, choć chyba trochę za łatwa jak na Mistrzostwa Polski. Umiarkowanie dobra pogoda, ale błoto i tak prawie wszędzie. Dobra, równa jazda i dobry wynik.

Mistrzostwa Polski w Maratonie odbywały się w Dusznikach Zdr. Z Wrocławia nie jest daleko, więc przyjechałem rano. Podróż odbyła się pod znakiem padającego deszczu, ale powoli się przejaśniało, a w Dusznikach przestało padać. Rejestracja w biurze zawodów poszła gładko i zostało dużo czasu na rozgrzewkę. Było dość zimno ( około 10*C), więc tym bardziej byłem szczęśliwy, że wziąłem trenażer- można było się rozgrzać nie tracąc ciepła, a w razie deszczu zawsze można by było rozłożyć parasol. Po luźnym kręceniu na trenażerach pojechaliśmy jeszcze z Darkiem na podjazd pod Muflona trochę mocniej, aby dać znać organizmowi, że zbliża się godzina prawdy :). Start był dla mnie dużą niewiadomą. W sumie po raz pierwszy w życiu przygotowywałem szczyt formy. Okupione to było 2-tygodniowym zgrupowaniem w Zieleńcu i niezliczonymi podjazdami pod Hutę. Okupione też niestety absencją w wyścigach. Kontrolnie tydzień przed MP miałem pojechać w Kowarach ( maratonymtb), ale byłem wtedy na drugim końcu Polski i nie mogłem wystartować. Treningi treningami, ale jak wypadnie wyścig? Tego niestety nie wiedziałem, ale niedługo miało się to wyjaśnić. Założenie było- zmieścić się w 30 open.

Na starcie ustawiliśmy się około godziny 10:50. Trochę głupio ustawiać się w 2 rzędzie, ale w sumie nigdzie indziej nie dało się wejść, a widziałem i takich zawodników, co stali w pierwszym i przyjechali za mną, więc uznam to za rozgrzeszenie :). Najpierw był start honorowy i pętelka po mieście, gdzie każdy znalazł mniej- więcej swoje miejsce. Prawie od razu po starcie ostrym był znany już podjazd pod Muflona. Jadę mocno- w końcu to pierwsze kilometry i nie można stracić kontaktu z czołówką.....kontaktu wzrokowego dodajmy ;-). Jednak to nie to samo co lokalne maratony, choć zawodników było zdecydowanie mniej niż np. na bikemaratonach, to poziom był znacząco wyższy, więc czołówka odjechała dość szybko. Po dojeździe do schroniska, rozpoczyna się zjazd. Jest dość kamienisty, więc nie dziwi widok kilku zawodników zmieniających dętki. Po zjeździe zaczyna się ~3km podjazd drogą "ku szczęściu".....też mi nazwa , ja jakoś szczęśliwy nie byłem :P. Jedzie mi się w miarę dobrze, tętno trzyma się wysoko, mięśnie trochę bolą, ale nie dziwi mnie to, ba to jest ten rodzaj bólu dla którego całe to ściganie się ma sens. Odchylam głowę ku tyłowi niczym Hamilton na TdF 2004, nie starając się zwalczyć bólu, staram się z nim pogodzić i nauczyć się z nim zgrać...to będzie potrzebne przez kolejne 2,5 godziny. Zaczyna się zjazd. Za drzewie znak '!!! 50m'...no faktycznie- jest rów odwadniający głęboki na ~20-30cm, ale czemu 10m po znaku a nie 50 :)....no ale może jechałem za szybko ( no ale tak to jest jak się nie czyta opisu trasy :P ). Wybieram miejsce gdzie rów jest najpłytszy i jakoś przejeżdżam. Trochę mnie wybija i wpadam przednim kołem w rynnę odprowadzającą wodę po prawej. Szkoda tylko, że jest obrośnięta glonami czy innym świństwem. Lekki uślizg koła i już wiem, że trzeba się katapultować :), na szczęście dość sprawnie i bez zbędnych strat z niej wyskakuje. Pierwszy błąd- na szczęście nie kosztował zbyt wiele sekund, skończyło się na chwilce strachu. jadę dalej- wreszcie jakaś znajoma twarz- Łukasz z Cyklosportu- będziemy jechać w zasięgu w swojego wzroku aż za Zieleniec. Potem trasa staje się trochę monotonna- ot szybkie szutrówki i kamieniste zjazdy. Jadę około 33-35 miejsca...przynajmniej tak ktoś krzyczy. Na 20km bufet, tylko czemu jest na nim tylko woda i to do tego gazowana !!:(, dobrze, że chociaż w kubkach, więc straciła trochę bąbelków. Po bufecie dogoniła mnie dwójka zawodników, siadam im na koło, bo dobrze jadą po płaskim, w sumie przejeżdżamy razem dobre 10km, Przed Zieleńcem zaczyna się mocny podjazd, jednoczesnie dochodzimy grupkę 3-4 osób. Cieszę się, że już tu jesteśmy. Wiem, że już tylko jeden pożądny podjazd i prawie cały czas zjazd do mety. Chwilkę jedziemy zielonym błotnistym szlakiem. Zaraz po tym jak uporałem się z awarią tylniej przerzutki ( na szczęście bez zsiadania), wziąłem się za wyprzedzanie- efekt- po chwili przede mną tylko Łukasz, za mną około 6-7 zawodników. Teraz asfalt- znajome miejsce- tak! to tu mieszkałem podczas zgrupowania przez 2tyg. Psychicznie czułem się dobrze- tak jest zawsze gdy się wyprzedza, im więcej się wyprzedza tym lepiej się czuje, a im lepiej się czuje tym więcej się wyprzedza :P- cieszyłem się, że wpadłem w takie błędne koło. Asfaltowy podjazd, dość twardy pozwala wypracować bezpieczną przewagę nad goniącymi. Chwilka zjazdu i zaczynamy piąć się niebieskim szlakiem na stoki tras narciarskich. Teraz trzeba było dać z siebie wszystko- to ostatni podjazd a potem z 10km zjazdów. Łukasz dobrze jechał na zjazdach, więc wiedziałem, że musiałem teraz dużo nadrobić jeżeli chcę z nim wygrać. No to jadę, dziwiłem się że wszystko idzie tak gładko, Łukasz został z tyłu ale nie tak daleko. Minąłem jeszcze jednego kolarza. Teraz zjazd....podobno miał być pod wyciągiem, ale niestety trochę zygzakował...może to i dobrze, bo podłoże było rozmokłe i dość śliskie, mało brakowało a sam bym się pocałował z matką Ziemią :). Zjechałem do asfaltu i chwilkę nim podjeżdżając minąłem kolejnego zawodnika. Wszystko było idealnie, dobrze gospodarowałem piciem, zjadłem odpowiednią ilość żeli, a teraz kręciłem mocno i szybką kadencją połykając kolejnych rywali. Już nie liczyłem ilu, wiedziałem, że będzie lepiej niż zakładane 30 miejsce. Kolejny podjazd, szczególnie zadowolony jestem z tego, że utrzymuję wysoką kadencję, tętno trochę spadło, więc można sobie na to pozwolić, odciążając trochę nogi na rzecz układu sercowo-płucnego, szczególnie, że zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki skurczy...w sumie dziwne- to dopiero 50km...dobrze, że maraton ma 64 a nie 100km :). Trasa prowadziła teraz zielonym szlakiem ku Orlicy ( 1084 m.n.p.m ), ale nie wjeżdżaliśmy na szczyt, tylko znów zjechaliśmy do asfaltu i przecinając go i zjeżdżając już w kierunku Dusznik po trawiastych zboczach gór Orlickich. Zaczęło się też trochę technicznych zjazdów na które czekałem. W międzyczasie musiałem zdjąć okulary bo już zupełnie były zabryzgane błotem, raz udało się przeczyścić, za drugą próbą już się tylko zamgliły i nic nie było widać. Trudno- trzeba teraz tylko trochę mrużyć oczy i jechać dalej. Końcówka to przejazd przez ośrodek biatlonowy z ciekawymi asfaltowymi hopkami :). Jeszcze w oddali widzę kolejnego zawodnika, jednak na zjeździe ciężko dojść. Skręcamy w leśną ścieżkę, mam wrażenie, że zawodnik przede mną staje- kadencja 60 i ciężki obrót i już wiem, że niedługo będzie za mną. mijam go nie dając po sobie poznać, że zaczynają mnie łapać skurcze...momentalnie kadencja zwiększona do 110-115 i na szczęście odpuszczają... dobrze, że podjazd jest dość krótki. Teraz tylko zjazd do mety, dość szybko wpadam na stadion w Dusznikach. Wiem, że jest dobrze, grzeję ile sił w nogach, choć nie ma nikogo z tyłu. I jest!!!! Meta!!! Udało się ! Plan wykonany z nawiązką i w dobrym stylu.

Maraton uważam za bardzo udany. Zrealizowałem główne założenie na ten sezon. Jestem zadowolony ze swojej postawy. Dzięki Bogu nie złapałem gumy, więc wynik był dobrym odzwierciedleniem mojej formy. A wynik jest taki: 22 open...no szczerze powiem, że się tego nie spodziewałem. W sumie po 1,5 roku treningu jestem 22 zawodnikiem w Polsce...nawet mi jest dość ciężko w to uwierzyć. Dodam jeszcze, że przyjechała czołówka z Grupa Lotto na czele, był też Michał Bogdziewicz ( wygrał wśród mężczyzn), Mariusz Kowal i inne znakomitości. W sumie z herosów polskiego MTB zabrakło tylko Marka Galińskiego, ale ktoś widział, żeby on maratony jeździł ?:). Wśród kobiet wygrała Maja Włoszczowska. Pod względem organizacyjnym impreza udana... no może tylko ta woda na bufetach to minus. Trasa oznakowana dobrze, ciepły posiłek po maratonie też był, a w paczce nawet ciekawe rzeczy. Teraz tylko trzeba utrzymać wysoką formę i dobrze wystartować za tydzień w Szklarskiej Porębie.