Bikemaraton- Zawoja

Na maraton w Zawoji czekałem od dawna i bardzo cieszę się, że udało mi się tam dotrzeć. Jest jakaś magia w nieznanych terenach. To jednak nie to samo co ścigać się po ścieżkach kotliny Kłodzkiej czy okolic Wałbrzycha. Wprawdzie w tym sezonie były już maratony nie na Dolnym Śląsku- w Łomiankach i w Kielcach, jednak tam góry są tylko z nazwy ( no może w Kielcach trochę większe pagórki, ale to ciągle nie to samo). Beskidy to jest coś, nigdy ich nie poznałem od strony rowerowej ( XC, bo szosowo się zdarzało ), a zawsze miałem ochotę. Nocleg udało się znaleźć cichy i przyjemny, a gospodyni nawet nam makaron ugotowała :). Piątek był w miarę słoneczny i ciepły, więc nikt nie przewidywał złego scenariusza pogodowego...ba z Wrocławia wziąłem tylko krótkie spodenki, a jeżeli chodzi o ciuchy rowerowe nawet nie pomyślałem, aby zabrać długi rękaw- błąd :). Rankiem obudziły nas krople wody mocno zacinające o szybę. Niskie chmury, deszcz i około 8*C, taka była rzeczywistość o 7 rano. Góry to góry i pogoda się tu zmienia dość mocno. To też dawało nadzieję, że się wypogodzi. W sumie tak było- im bliżej startu tym mniej deszczu, a nawet słońce zaczęło powoli przedzierać się przez chmury. Nie powiem, że nie miałem obaw co do startu- ten tydzień był dla mnie bardzo ciężki- było dużo nauki- spałem może po 5-6h, co nie wystarczało aby się zregenerować po ciężkich dniach. Zmęczenie się kumulowało. Rano trochę drapało mnie w gardle, ale zrzuciłem winę na alergię ( bo w górach inny klimat itp. :) ). Jeżeli dodamy teraz kiepską rozgrzewkę ( niestety brak trenażera, a asfalt obok startu nie był płaski, więc tyle co się rozgrzałem na podjeździe to się wyziębiłem na zjeździe. Jeżeli dodamy do siebie te negatywne czynniki dostaniemy to co się stało, a stała się tragedia :P, a szło to tak:

Od startu od razu mocne tempo, jak zwykle staram się trzymać z czołówką jak najdłużej. Ale co to ? 3km a ja odpadam, normalnie nie wierzę, a nie jechałem jakoś super mocno- około 180 ud. serca /min, czyli jak na początek maratonu to średnio się wysilałem, szczególnie, że był podjazd. Nie wiem co się dzieje- cisnę mocno na pedały, a mimo to zwalniam, zaczynają mnie wyprzedzać. I chyba tu mój błąd, bo do załamania fizycznego dołożyłem załamanie psychiczne. Ludzie wyprzedzają mnie dziesiątkami, jest ciężko, bardzo ciężko, wiem że wystarczy impuls, aby wyskoczyć z dołka, ale nie wiem skąd go wziąć. Nagle jest, ktoś z tyłu krzyczy "AZS". Obracam się- a to kolega Maciek G. z Cyklosportu Bolesławiec- on też dziś nie w formie, chory, na antybiotykach. I wtedy sobie powiedziałem, że jak ktoś chory mnie dogania, to nie możliwe że z moimi nogami, tylko to moja głowa szwankuje. Nacisnąłem na pedały mocno, bardzo mocno- zacząłem wyprzedzać, odrabiałem straty. Po podjeździe, szutrowy zjazd do asfaltu i znów jesteśmy w Zawoji, teraz zjeżdżamy asfaltem w dół, załapałem się za jakiś samochód, który jechał z przyzwoitą prędkością, co pozwoliło oszczędzić trochę sił. Asfalt się trochę ciągnął, tętno spadło- można się trochę zregenerować, organizm ma czas na usuniecie choć trochę kwasu mlekowego z mięśni. Skręt z asfaltu w lewo. Teraz mocny podjazd najpierw po asfalcie, potem po dziurawych płytach betonowych. Blokuję widelec, staje na pedały- czuje moc i wyprzedzam, ciągle wyprzedzam, teraz bardzo szybko. Gdzieś po drodze był pierwszy bufet. Dobrze, że jest izotonik. Doganiam jakąś mocniejsza grupę, 3-4 osoby w której jedzie Rafał Iwan. Dociągam się na koło, a że zaczyna się dość równy zjazd to korzystam z cienia aero. jest już rozjazd na mini i mega- oczywiście wybieram dłuższy dystans. Zaczyna się robić coraz bardziej błotniście. Podjazd wąwozem, Rafał rwie do przodu, dwaj inni zawodnicy trochę sobie nie radzą na błotnistym podjeździe, ale nie jest długi, jest zjazd dość szybki, ale nie długi. Zaraz po zjeździe zakręt o jakieś 120* w lewo. Kątem lewego oka widzę twardy podjazd, kątem prawego oka widzę bufet, kątem trzeciego oka ;-) widzę Rafała zbierającego się po upadku ( dość groźnym jak się okazało. Szybka redukcja biegu z najcięższego na prawie najlżejszy, zdążyłem jeszcze chwycić kubek picia i uff udało się- jadę dalej, pod górę, wszystko gra...to było trochę kiepskie miejsce na bufet, za mało czasu na reakcje za dużo rzeczy do zrobienia w jednym miejscu. Darek tego bufetu nawet nie zauważył. Ale jazdę, podjazd dość mocny i długi- nawet widać go całego, bo nie ma zakrętów. Podłoże zdradliwe, bo dość miękkie, koło łatwo buksuje, ale jakoś znajduję dobry punkt ciężkości i pnę się pod górę. Jest nieźle- ciągle wyprzedzam. A że po każdym podjeździe czas na zjazd, to było na co czekać. Zjazd był bardzo błotnisty, błoto wpadło mi do oka mimo okularów, przez chwilę nic nie widziałem, ale jakoś udało się wymanewrować rower aby nie zaliczyć upadku. Jadę dalej przez kałuże i błotna maź, ciągle lekko w dół. Jadę z 30 km/h, kolejna kałuża...oho- przednie koło zanurzyło się po oś ( nie przesadzam). Nagłe wyhamowanie do 0, lecę nad kierownicą przed sobą widzę zbliżające się drzewo. Na szczęście nie doleciałem do niego, za to zażyłem błotnej kąpieli.. podobno to zdrowe. Pozbierałem się błyskawicznie- nawet nikt mnie nie wyprzedził, co mnie zdziwiło, bo dopiero co kogoś mijałem. Od wypadku spodenki dziwnie powiewały z tyłu, myślałem, że po prostu się zmoczyły, prawda była straszniejsza.... przynajmniej dla tych co jechali za mną ;-)))). Teraz nastąpił zjazd jakich nie lubię- czyli straszna tarka a'la droga Stasia koło Polanicy. Kości śródręcza rozbolały mnie już po krótkiej chwili, niestety zjazd trochę trwał. Nareszcie asfalt, jeszcze trochę zjazdu i podjazd, chyba już ten ostatni, bo byliśmy już w Zawoji, ale to żadne pocieszenie, bo to najdłuższa wioska w Polsce, a meta była usytuowana w Zawoji górnej. Jadę po zmianach z zawodnikiem z Trias Puszczykowo, doganiamy 4 osobową grupę. Ciągnę prawie tylko ja, jakoś nikt nie ma siły jechać szybciej :). Po chwili trzeba było obmyślić taktykę, bo meta się zbliżała, a jak by tak poszło dalej, to by mnie 'wyciućkali' na końcu i tyle. Zwolniłem symulując dołek, czwórka kolarzy z zadowoleniem mnie wyprzedziła. Siadłem na koło, zbierałem siły. Pojechałem tak minutkę, może dwie...wrzuciłem Blat...i Ogień!!! Mijając wszystkich zjechałem na druga stronę ulicy aby nikt nie siadł mi na kole. Podjazd był konkretny a ja przyśpieszyłem do ponad 40 km/h, w sumie byłem przekonany, że meta już tuż-tuż. Nie oglądałem się, byłem pewny swojego. Dopiero po minucie, widząc, że meta jeszcze nie tu, sprawdziłem jak wygląda sytuacja. Grupka została dobre 50-60m za mną, ale ktoś od niej odskoczył i był nie tak daleko, dałem mu znak, żeby dołączył jednocześnie trochę zwalniając. Wiedziałem, że jeżeli do mety jeszcze trochę, to we dwójkę mamy większe szanse. Picie skończyło mi się jakieś 5minut temu. Dobrze, że mijaliśmy zawodników i ktoś z nich użyczył mi trochę picia- przydało się na ostatnich metrach. Jechaliśmy ciągle w dwójkę- ja i jeżeli się nie mylę zawodnik z Dospel'u. Miałem przewagę psychiczną- już raz mu uciekłem. Jednak on zajechał na mój tył i pewnie czekał na dogodną pozycję do ataku. Jeżeli by wyskoczył zza moich pleców chciałem siąść na koło i rozegrać finisz na ostatnich metrach, ale nie wyskakiwał. Meta się zbliżała... zaryzykowałem, wiedząc, że siedzi mi na kole. Stanąłem na pedały kumulując resztki sił w jeden mocny impuls. Udało się, przejechałem pod napisem "META" jako pierwszy z peletoniku, który zaczynał około 6 kilometrowy końcowy podjazd.

Maraton tak jak przewidywałem był ciekawy. Uroku trasie dodawało błoto. Szkoda tylko, że z moją formą było coś nie tak, tzn. jak by wymazać pierwsze 5km, to może i by była dobra pozycja, a tak, to jest średnio ze wskazaniem na kiepsko. Przyjechałem 24 Open i 16 w M2, oraz 5 w kategorii AZS. Szkoda ale obiecuję się poprawić. Co do organizacji, to miałem obawy przed maratonem- wszak pamiętałem pomyłki trasy przez motocyklistów i kiepskie oznaczenia z Jeleniej Góry. Jakie było moje zdziwienie w Zawoji- wszystko było idealnie. No może jedynym minusem był przydługawy występ zespołu ludowego podczas dekoracji...może gdyby było 25*C i słońce to by było fajnie, a tak, to niepotrzebnie przedłużało wyczekiwanie na zimnie. A wracając do organizacji- trasa oznakowana idealnie- strzałki wszędzie. A teraz najważniejsze to czego brakuje konkurencji- makaron. Bo każdy wie, że przez żołądek do serca :). Makaron był w ilościach bez ograniczeń z sosem mięsnym, ale nie tłustym. Po prostu idealnie, tak jak powinno być. Aż żal mi się zrobiło trochę pana Maćka Grabka, że na jego maratony przyjeżdża mniej osób niż do Grześka Golonki. Jednak takie maratony jak w Zawoji pokazują, że to już niedługo może się zmienić. Aha, no i już wiem, czemu zawdzięczam to dziwne uczucie na pupie po wypadku- zdjęcie na dole strony dozwolone od lat 18nastu ;-)