Ostatnio miałem trochę mało czasu ze względu na zaliczenia i egzaminy na uczelni, więc relacja ta pojawia się z opóźnieniem. Wynikiem tego będzie brak szczegółowego opisu trasy, bo po prostu nie pamiętam go za dobrze :).
Maraton w Złotym Stoku miał być dość ciekawą imprezą, po pierwsze ze względu na start Sylwestra Szmyda, po drugie w końcowym fragmencie trasy miał się odbyć przejazd przez kopalnie złota. Miało być tak pięknie, ale już od rana zaczęły się problemy- pierwszy to deszcz, drugi to niska temperatura- aż się wierzyć nie chciało, że to prawie połowa czerwca. Start przebiegł sprawnie, lekki podjazd gdzie każdy mógł znaleźć swoje miejsce w peletoniku jaki utworzył się za samochodem. Po asfalcie jechaliśmy tylko chwilę, a potem skręciliśmy w lewo w las. Na szczęście już nie padało, ale było mokro, bardzo mokro. Błota nie dało się uniknąć, szczególnie na początku gdy jechało się w grupie i leciało ono spod kół innym zawodnikom. Jechało mi się nawet całkiem dobrze- leśny podjazd poszedł sprawnie. Zjazd błotnistą ścieżką nie należał do przyjemnych, potem wyjazd na odkryty teren porośnięty trawą. Było o tyle niebezpiecznie, że nie widziało się po czym się jedzie ale czuć było koleiny. Na podjeździe nie sprawiało to większych problemów, za to na zjeździe minąłem jedną dziurę ( taką akurat na wielkość koła :) ) o centymetry tylko dlatego, że zobaczyłem 2 zawodników przewracających się nagle ni z tego ni z owego. Potem zjazd po betonowych płytach przeplatanych kostką...tylko czemu akurat na zakrętach :P. Na pierwszym lekki uślizg tylniego koła przypomniał, że mokra kostka brukowa to nie jest najlepsze podłoże do pokonywania ostrych zakrętów z dużymi szybkościami. Niestety dużo zawodników miało tam wypadki. Kolejny fragmenty trasy to podjazdy starym zniszczonym asfaltem, zjazdy były długie, prowadzone szutrowymi ścieżkami- ani jak ani moje opony takich nie lubią :). Na szczęście był też zjazd techniczny do Barda po konkretnych kamieniach. Zjechałem lawirując pomiędzy nimi, mokrymi korzeniami i niekiedy schodzącymi ludźmi. Gdy zjazd trochę się wywłaszczył dogoniłem grupkę 3 osób, ich tempo na następnych podjazdach było dla mnie idealne- tzn. za silne aby tak jechać samemu, więc wiedziałem, że jeżeli chcę się utrzymać muszę mocno naciskach na pedały aby nie puścić koła, ew. trochę się zregenerować i potem łyknąć, w końcu to dopiero ~38km, a trasa miała liczyć 95. Było dobrze, miejsce około 20 przed rozjazdem prognozowało doby ( no na pewno zadowalający) wynik Niestety na około 40km podczas przejazdu przez asfalt coś spuściło mi powietrze z tylniego koła :(. Wymieniłem dętkę w ekspresowym tempie i wstrzyknąłem COdwa, niestety miałem tylko jeden nabój, wiec starczyło to tylko na ~2,5 atm. trochę za mało- trzeba będzie uważać na zjazdach i nie przeginać pały. Zacząłem wyprzedzać, żałowałem trochę, że zgubiłem mój pociąg, no ale trzeba jechać dalej. Prawa noga komunikowała chęć do skurczu prawdopodobnie spowodowanego krótkim postojem, na szczęście nic poważnego się z tego nie wykluło. Jadąc dalej wybrałem na rozjeździe dystans pro. Teraz trzeba powtórzyć to co się przejechało, ale zrobić to 2x lepiej, 2xbardziej perfekcyjnie niż na pierwszym kółku jednocześnie próbując zapomnieć jak bardzo jest się zmęczonym...no i jeszcze się modlić aby nie złapać kolejnej gumy. Na trawiastym zjeździe wiedziałem już o dziurze. Ogólnie też grunt trochę podsechł jak i został rozjeżdżony przez kilkuset kolarzy, więc można było rzadziej chwytać za klamki hamulcowe. Problemem był dystans- na liczniku 65 kilometr a tu wisi tabliczka 40km do mety. Mój umysł był na tyle trzeźwy, że szybko sięgnął do szufladki z napisem 'wyższa matematyka' i po chwili ( nie ukrywam, że dłuższej ;- ) ) obliczył, że cały maraton będzie miał 105km a nie 95!!! W sumie nawet się ucieszyłem, bo temperatura była akurat taka, że picia wystarczało, a dłuższy dystans pozwoli trochę skompensować straty wynikające ze złapania gumy. Zjazd do Barda udało się pokonać całkiem ładnie, bez zbędnych strat. Ogólnie jechało mi się dobrze, ba, może nawet lepiej niż dobrze, szkoda tylko straconego czasu. Choć na moje szczęście i tak nie mogę narzekać- to była moje pierwsza awaria na maratonie, a w końcu już kilkanaście ich jechałem. Nie pozostawało nic innego jak nie przejmować się i jechać dalej. Już widać rozjazd, do mety nie tak długo lekki podjazd, potem zjazd...a mety nie ma, kolejny podjazd i zjazd...niestety chwila nieuwagi i za małe ciśnienie zrobiły swoje- opona trafiła na większy kamień i już tylko czułem jak się zmiękcza moje tylnie zawieszenie :(. Zerkam na licznik- 104km, więc do mety już tylko 1km- jadę dalej. Opór jest duży, ale daję radę, nawet czasem mijam jeszcze dublowanych, daję z siebie wszystko, tylko po to aby nie stracić pozycji, do mety tylko 200m, 100m, 0m......-100m, -200m,-500m..co jest k*$#*$.. nie wiem co jest, ale wiem czego nie ma- METY. 106km i mety dalej nie ma. mało tego zaczyna się podjazd, opadam z sił- za długo trwa ta walka. Na zjeździe muszę uważać, jednak to czy przyjadę na 30 czy na 40 miejscu jest mniej ważne niż kilkaset zł za tylnie koło. Jednak parę(-naście) razy słyszę głośny brzdęk obręczy szurającej po kamieniach :(. Jedziemy dalej, choć teraz trzeba zejść, jest prawie pionowa ściana, ktoś przede mną się przewraca schodząc. Jeszcze tylko wąskie schodki, kilka mostków i jest kopalnia, wiem, że już nie daleko. Wjeżdżam do środka- oj nic nie widać :P, no tak, jak się ma na nosie przyciemniające okulary, to nic dziwnego. Zsuwam je lekko z nosa, ale mało to pomaga, jednak widać już zakręt, a po zakręcie wyjazd z kopalni. Zaczyna się asfalt, trochę przyciskam resztkami sił, na zakręcie tylnie koło traci przyczepność, ale udaje mi się opanować poślizg. Wpadam na metę- 107,8km. Miało być pięknie, a jest kiepsko, szkoda że nie z mojej winy.. choć może to i lepiej :) Ogólnie maraton był udany, trasa ciekawa, wyłączając długie szutrowe zjazdy. Za to kopalnie robiła piorunujące wrażenie, jednak miałem nadzieje, że wjeżdża się choć trochę pod ziemię, ale jakieś urozmaicenie zawsze to jest. Mój wynik kiepski, że aż nie wiem co powiedzieć, 40 w open, 25 w M2. Szkoda straconego czasu i tych ostatnich 4km na kapciu. Mam nadzieję, że będzie lepiej, tylko kiedy? Bo w końcu ciągle tak sobie powtarzam, a to już prawie połowa sezonu. Teraz niestety tydzień nauki.