Liga Bikemaraton- Nowiny k. Kielc

Przyszedł czas na maraton w Nowinach koło Kielc. Trochę to daleko od Wrocławia, więc udaliśmy się ( Ania, Darek, Patryk i ja, czyli Wrocławska część Maks Team'u ) tam dzień wcześniej. Zanim pojechaliśmy na miejsce noclegu, odwiedziliśmy biuro zawodów i załatwiliśmy wszystko bez żadnych kolejek. Zaglądnęliśmy jeszcze do sklepu, żeby kupić jedzenie i picie, sprzedawczyni zagadnęła jeszcze, że ma specyfiki na komary, ale stwierdziliśmy, że chce nam wcisnąć niepotrzebny towar :). A jednak już przy ściąganiu rowerów kilka krwiożerczych owadów upuściło mojej cennej krwi. Nocleg blisko startu ma ten plus, że nie trzeba wstawać o 5, tylko można spokojnie pospać 8-9 godzin i tak miało być. Miało, bo w ostatniej chwili okazało się, że dzielimy piętro z 15 cyganami, co skutecznie utrudniało sen, ale Ania zrobiła porządek i w sumie szybko zasnęliśmy. Rano śniadanko i przed 9:00 byliśmy na starcie...może trochę za wcześnie, ale dało nam to dobre miejsce w cieniu...a cień był tego dnia dość ważny :). Temperatura nieubłaganie rosła, załadowałem 2 pełne bidony, porządna rozgrzewka i można się ustawiać na starcie.

Pierwsze metry przebiegały dookoła stadionu o dość niefortunnej nawierzchni. Dobrze, że startowałem z przodu, bo inni to mieli chyba burzę piaskową. Wyjechaliśmy na asfalt i przez następne 9km miał się rozgrywać mały wyścig szosowy :). W każdym razie fajne doświadczenie, bo przez tak długi czas w takim peletonie nie jechałem nigdy jeszcze. Przez chwilkę była szutrowa droga dość nierówna z jedną kałużą w którą oczywiście wpadłem, ale to dopiero początek błota, którego jak się wydawało powinno nie być wcale po kilku dniach upałów. Pierwszy podjazd w lesie od razu dokonał selekcji. Jechało mi się dobrze, wysokie tętno sygnalizowało, że byłem wypoczęty. Trasa interwałowa, mało miejsc gdzie można było odpocząć, raczej ciągle góra- dół. Z racji na temperaturę ( około 32*C) trzeba było często i dużo pić, niestety jakoś małe nieszczęścia bidonowe się mnie trzymają w tym sezonie- za często mi wylatują. Tym razem bidon nie wyleciał- urwał się cały koszyk :P. Trudno, od tego czasu miałem jeden bidon i trzeba było mądrze korzystać z bufetów. Kolejnym fragmentem był stok narciarski, na szczęście był to podjazd a nie podejście jak w Karpaczu. Teraz trasa była podobna przez kilka(naście) kilometrów- leśne single-tracki, podjazd, zjazd, podjazd, zjazd i tka w kółko. Na wolniejszych podjazdach atakowały komary, których były całe stada ( rekordziści po maratonie naliczyli się ponad 100 bąbli. Było też trochę kałuż i błota. Do urozmaicenia należał wiadukt kolejowy z dużą ilością luźnego tłucznia, przemknęło mi przez głowę, żeby pojechać po barierce, bo miała z 50cm szerokości, ale jakoś rozsądek wziął górę... ale Trapez podobno przejechał :). Znów zjazd- podjazd i ciekawy zjazd zrobiony na złość tym, co cierpią na chorobę morską, bo ziemia przybrała kształt sinusoidy o pi=~2m. Jak się wpadło w odpowiedni rytm, to można nawet było brać takie hopki dość sprawnie przy dużej szybkości. dobiłem do głównej szosy ( E7), trasa wiodła przez chwilę wzdłuż niej ( był tu dość głęboki rów, na szczęście była deseczka- podrzuciłem przednie koło, a tylnie przejechało po niej :) ), a potem pod szosą i z drugiej strony znów wjeżdżaliśmy w las. Tu też zaczęło się trochę większe błoto, co dało się omijać nie tracąc za dużo czasu to omijałem. Jednej głębokiej kałuży nie udało mi się wymanewrować, a byłą to chyba jedna z głębszych, bo zanurzyłem się w błotnej mazi po suport :). Napęd zaczął trochę przeskakiwać, ale podrzuciłem kilka razy tylnie koło i błoto poodpadało z kasety. Z piciem było coraz gorzej, do pierwszego bufetu było ok., schody zaczęły się w drodze do bufetu nr 2. Myślałem, że będzie trochę bliżej, jednak tak nie było. Dodatkowo wymęczyły mnie piaszczyste drogi których w tej części trasy było trochę. Moje oponki nieźle na nich tańcowały. Wreszcie jest bufet!! Napiłem się, napełniłem bidon, zjadłem żel i można jechać dalej. A dalej był to samo- las i krótkie podjazdo- zjazdy. w miarę jak zbliżałem się do Nowin pojawiało się trochę szutru, a pod koniec pętli nawet z kilometr asfaltu. Jakiejś rewelacyjnej pozycji nie zajmowałem, więc jazda na długi dystans była dość oczywista.

Teraz już nie było honorowej szosowej pętelki, tylko skrótem dojeżdżało się do lasu. Jeszcze wcześniej był bufet i przejazd podziemny pod torami, podczas całego maratonu tylko tam poczułem lekki chłód :). No i teraz przyszło się zmierzyć z trudnościami trasy po raz drugi. Jakoś dziwna sprawa, bo jechałem mocno, tętno wysoko, dawałem z siebie wszystko, a pozycja średnia, koło 20 miejsca wjechałem na duże kółko. Zaraz po wjeździe w teren umieszczenie jednej strzałki nie bardzo mi się podobało, ale pojechałem tak jak wskazywała i to był błąd, może nie straciłem za dużo, bo szybko się zorientowałem, ale zawsze 1-2min w plecy. Trudno, trzeba jechać dalej. Przed podjazdem pod stok ktoś uczynny polewał kolarzy wodą z sikawki ,więc i ja skorzystałem :). Na bufecie napełniłem bidon, wypiłem z 2 kubeczki i dodatkowo, pamiętając trudy tego odcinka, zabrałem butelkę powerade'a. Ale chyba znów dużo piłem, bo i to ledwo wystarczyło do kolejnego bufetu. W międzyczasie trzeba było znów przejechać obok szosy, niestety ktoś zabrał deseczkę, a ja chciałem pokonać rów tak jak poprzednio, skutek- dość mocne uderzenie w tylnie koło, ale na szczęście dętka i obręcz cała, więc jadę dalej. Odstępy między zawodnikami duże, nie wyprzedziłem masy ludzi na drugim kółku....chyba raptem z 3 osoby. Ostatnie kilometry jak zwykle się dłużyły, a piasek łapał za koła :), na jednym z ostatnich wzniesień bez ostrzeżenia złapał bardzo silny skurcz w prawym udzie- wrzasnąłem, aż ptaki się zerwały do lotu :). Choć w sumie i tak się dziwiłem, że dopiero teraz się pojawił, bo odwodnienie, pomimo ~6 litrów wypitych na trasie, było pewnie bardzo duże. Na szczęście skurcz zniknął tak szybko jak się pojawił po około 2-3 minutach. No i w końcu jest, jest ostatni asfalt, jest stadion w Nowinach, jeszcze tylko okrążyć murawę i META.

Trzeba przyznać, że to jeden z najbardziej męczących maratonów, dość sługo dochodziłem do siebie na mecie. Brzuch bolał strasznie.. może nie brzuch, bardziej przepona. Pojechałem raptem na 10 minut na rozjazd i zacząłem się doprowadzać do porządku zmywając z siebie błoto. A wyniki przeciętne, w sumie fakt, faktem, że obsada była dość silna, ale 18 miejsce open i 14 w kategorii M2 (18-30 lat) pozostawia pewien niedosyt, szczególnie, że włożyłem w ten maraton masę sił. No ale nic ,trzeba iść ( a raczej jechać) dalej, następnym razem będzie lepiej!:)