MaratonyMTB - Mysłakowice,

Akademicki Puchar Polski

W tym roku jeździłem już w dwóch ligach ogólnopolskich maratonów- Liga Bikemaraton i Bikemaratony- czas na trzecią- MaratonyMTB. Dodatkowo była to edycja Akademickiego Pucharu Polski, w której z racji mojej przynależności do AZS PWr, wypadało dobrze pojechać. Mysłakowice znajdują się pomiędzy Jelenią Górą a Karpaczem, więc tereny znajome z ubiegłego i tego roku. O 9:00 byliśmy ( Darek z żoną Kasią, Gregory i ja) na miejscu i bez zbędnego pośpiechu udaliśmy się do rejestracji. Miłą niespodzianką było to, że opłata wynosiła tylko 50zł nawet w dniu startu. Niestety minus też był- mianowicie brak gadżetów. Wiadomo, że nie po to się jeździ na maratony, ale jakaś drobna rzecz na pamiątkę typu tshirt czy coś w tym stylu by się przydała. Pogoda sprzyjała, a rozgrzewka poszła sprawnie. Na początku nic nie wskazywało, że będzie mocna obstawa, ale jakoś szybko zjawił się Cyklosport i JKTK.

Start punktualnie. Choć startowałem z 3 rzędu raczej bez problemu i prawie od razu przesunąłem się do przodu i znalazłem się w prowadzącej grupce około 15 osób. Tempo oczywiście za silne, szczególnie jak już się zaczęły podjazdy, no ale jechać trzeba i choć trochę się utrzymać z najlepszymi. Co rusz ktoś odpada, w końcu jedzie nas ~10 osób, jednak po wyjeździe na asfalt ucieczka trochę zwalnia i dochodzi nas peletonik :) ( jakoś to tak szosowo zabrzmiało ;) ). Jednak po wjeździe w teren wszystko znów zaczyna się rwać. Trasa na razie łatwa- ot szutry i niewielkie pofałdowania terenu. Niestety to wystarcza abym zgubił główną grupę po około 10km od startu. Teraz jedziemy w kilka osób- m.in. Krzysiek, który jeszcze rok temu jeździł w AZS PWr. Tak też przejeżdżamy kolejne 10 km. Trasa zaczyna się urozmaicać, choć głównego podjazdu jeszcze nie ma. Pojawia się trochę kamieni, korzeni, technicznych podjazdów. Niestety na około 22 km dopada mnie kryzys, pewnie spowodowany mocnym tempem w początkowej fazie wyścigu, a w międzyczasie zaczyna się główny podjazd. Dochodzi mnie Mariusz z AZS PWr, potem jeszcze ktoś chce mnie wyprzedzić, ale siadam mu na koło, on siada dogania i siada na koło Mariuszowi, a ja strzelam do przodu- ufff kryzys minął na szczęście bardzo szybko. Koniec asfaltowego podjazdu i krótki aczkolwiek technicznie wymagający zjazd, tam też nadrabiam ile się da. Zjazd okazał się tylko przerywnikiem, podjazd wpierw szutrowy drastycznie się wyostrza, na szczęście zmienia się w asfalt, ale nachylenie jest tak duże, że trzeba się skupić na przeniesieniu środka ciężkości do przodu, co by przednie koło się nie podnosiło za każdym obrotem korby. Na horyzoncie pojawiła się dwójka zawodników z JKTK Jelenia Góra, no to ścigamy :). Podjazd zrobił się techniczny po dość dużych kamieniach, no i pierwszy wyprzedzony, drugi trzymał się dłużej, ale po kilku minutach jego też wyprzedziłem, choć potem oglądając się do tyłu na dłuższych podjazdach jeszcze długo go widziałem. No i wyglądało na to, że najdłuższy podjazd już za nami. Zjazd nie rekompensował wspinaczki, był bowiem bardzo nierówny, nie dało się za szybko jechać. Następnie był fragment po polu, ale dość dziwnym...wyglądało jak by przeszła po nim błotna lawina :), na końcu atrakcja w postaci powalonych drzew i sporego uskoku i asfaltem w górę. Niedługi podjazd na szczycie którego był bufet ( bufety działały bardzo sprawnie i na każdym był izotonik! ) Na liczniku około 37km a tu jakoś zmysł i orientacja podpowiadała, że na metę jeszcze daleko( planowo meta była po 44km), szczególnie, że dało się słyszeć pogłoski o zmianie trasy i przedłużeniu dystansu. Szkoda tylko, że siły i zapasy izotonika miałem obliczone na 44km a nie na 55,5 jak się potem okazało, tyle miała trasa. Po bufecie zjazd na którym trochę wypadam, na szczęście na pole, więc nic się nie stało, nawet czasu nie straciłem. Potem był fragment wąskim singletrackiem wzdłuż płotu, który pamiętałem z maratonu Jelenia Góra 2004. No i wtedy już wiedziałem, że trasa będzie miała więcej km, więc zacząłem oszczędzać picie. Teraz już tereny znajome- jechaliśmy już tedy tylko, że w odwrotnym kierunku. Więc już nie daleko, jeszcze tylko kawałek, asfalt, minąć główne skrzyżowanie i już jest meta! Koniec bólu :).

Choć rewelacyjnie mi się nie jechało, to wynik całkiem niezły, bo 6 w open, 6 w M2, a w klasyfikacji zawodników AZS 3 miejsce, czyli podium i pierwsze w tym sezonie 'szkło' :). Pierwszy na dystansie mega był Marcin Przybyła, za nim Eneasz Popiół, a trzeci przyjechał Darek Poroś. Jest dobrze, forma chyba rośnie. Choć dystans był jak dla mnie za krótki, to i tak mi się jechało w miarę dobrze. Myślę, że gdybym wypoczął jeszcze bardziej w tygodniu to było by jeszcze lepiej, no ale nie można ciągle odpoczywać :).