Wreszcie się zebrałem, żeby napisać relację z Karpacza :). Wiedziałem, że maraton będize ciężki, ale nie myślałem, że aż tak :P . 3100m przewyższenia na około 95km robiło wrażenie, a zaśnieżone szczyty górskie przepowiadały ciężki maraton :)
Zaraz po przyjeździe udaliśmy się z Darkiem do biura zawodów. Plus dla organizatora za brak kolejek, minusik za to, że nie można było już kupić chipa, tylko wypożyczyć za kaucją, ale nie było kolejek, więc nie stanowiło to problemu. Potem chwila oczekiwania i odebraliśmy ciuchy z Maks Team'u. Szybko się przebraliśmy i jakoś mało czasu się zrobiło, więc zamiast gruntownej rozgrzewki posmarowaliśmy się maściami i chwile pojeździliśmy w kółko stadionu :). I Sektor startowy miałem zapewniony dzięki dobremu występowi w Łomiankach, ale coś przy bramce wpuszczającej do sektora się organizacja posypała i w końcu bramka przestała istnieć :), no to podjechałem od przodu i po uzgodnieniu, że mam prawo wejść ustawiłem się na pool position ;-) Zaraz dojechał Wojtek Rakowski, więc chwile do startu minęły na rozmowach o lightowaniu rowerów ;-). Obsada dość dobra, Przyjechali bracia Bieniasze, było też kilu zawodników z Czech, którzy w tamtym roku zawsze dobrze się prezentowali, przyjechała też obstawa z Cyclosportu Bolesławiec. Start odbył się planowo, bez przeciągania. Na początku lekki podjazd asfaltem, potem lekki zjazd, a potem.. hmm...wiedziałem że akcenty śniegowo-narciarskie zagoszczą na tym maratonie, ale nie myślałem, że tak szybko :). Na 4km moim oczom ukazał się stok narciarki, długi na szczęście nie był, bo w sumie z 200 metrów, ale za to miał nachylenie prawie 30%. Do 1/3 może podjechałem, potem już się raczej nie dało ( no może się dało, ale ja nie dałem rady :P ). Następnie małej ekstremy ciąg dalszy, znaczy się był strumyk, ale ktoś zabrał mostek :), nie no w sumie to nic strasznego nie było, bo głęboki nie był, a zawsze jakieś urozmaicenie. No i teraz stawka się trochę rozciągnęła, bo nastąpił trochę dłuższy podjazd, a po nim zjazd- trochę wyboisty, nawet palce trochę zabolały. Przez chwilę trochę gorąco się zrobiło, bo na jednym z zakrętów trochę mnie wyniosło, przydały się trochę umiejętności z speedrowera uprawianego za młodu ;-). Kończyliśmy małą pętelkę (~ 24km) po wschodniej stronie Karpacza. Wróciliśmy do miasta po drodze wspinając się na kilkudziesięcio stopniowe schody i zjeżdżając z drugiej strony podobnymi :) Kolejne urozmaicenie, na które niektórzy narzekali. Przejechaliśmy przez stadion i wjechaliśmy na pętle właściwą. Zaraz za stadionem był bufet...tylko co to za bufet gdzie nie ma nic izotonicznego, tylko woda :/. Szkoda, bo to duży minus, którego chyba mimo wielu proś i nalegań ze strony zawodników już na kolejnej edycji nie da się wyeliminować. Już lepiej, żeby na mecie nie było izotonika ( każdy sobie może przywieźć swojego), a żeby był na każdym bufecie ( bo tam wozić ze sobą to kiepski pomysł). No ale nic, trzeba jechać dalej, szczególnie, że zaczynał się najmocniejszy podjazd. Ba gdzieniegdzie nawet trzeba było prowadzić. Ale co tam, to co było potem wynagrodziło wszystko. Był to szutrowy zjazd, ale ten szuter to był gładszy niż autostrada A4 :). Jeżeli dodamy do tego dość mocne nachylenie i aerodynamiczną pozycję, to wyjdzie nam prędkość maksymalna 87,6 km/h :) . Dobrze, że nie patrzyłem na licznik, bo bym chyba spanikował ;-). W każdym razie pobiłem swój dotychczasowy rekord o dobre 8km/h :). Dotychczas jechało mi się średnio, chyba ciągle jestem zmęczony. Może pozycja byłą w miarę wysoka, ale na podjazdach czułem zupełny brak świeżości w nogach. Do stadionu już niedaleko, więc jak zwykle była pewna pokusa aby zjechać na małe kółko, ale po ostatnim maratonie w Jeleniej Górze powiedziałem sobie, że takie sytuacje będę ograniczał do minimum. Szczególnie, że na drugiej pętli trasa miała być prowadzona w okolicach Przesieki, a tamte fragmenty bardzo lubię.. no i śniegu jeszcze nie widziałem, a podobno miał być :). No ale wracając na trasę- przed Karpaczem czekał jeszcze dość twardy asfaltowy podjazd kończący się nierówną kostką, a zaraz potem dość męczące podejście. No ale wreszcie jest Karpacz. Przejeżdżając przez stadion kątem oka zauważyłem Darka ( jak się potem okazało przeciął oponę). No to jedziemy na drugie kółko :). Wjechałem na nie 12-16, nie wiem dokładnie, bo ludzie różnie mówili, a międzyczasów w wynikach niestety nie ma. Teraz od razu zaczął się ten najdłuższy podjazd z elementami podchodzenia :) Na szybkim szutrowym zjeździe max już nie był tak duży- trochę trzeba było uważać, bo zaczęło się wymijanie dublowanych osób. Zaraz po zjeździe była zmiana w stosunku do pierwszej pętli. dystans Pro odbijał w lewo. Okolice wydawały się znajome. Drogą sudecką dojechałem do niebieskiego szlaku prowadzącego na przełęcz Karkonoską. Na szczęcie trasa prowadziła w dół w nie w kierunku Odrodzenia :)...Choć czy ja wiem czy na szczęście? Ot był tu krótki zjazd który kończył się zakrętem w lewo o jakieś 160*. Niestety popełniłem tu amatorski błąd, czyli za duża prędkość+ żwirek na asfalcie+ za mocno zaciśnięty przedni hamulec= gleba :(. Niestety upadek dość poważy ( ostatni odczyt z licznika to 44,9 km/h ( ale on uśrednia z 5 sekund, więc pewnie było trochę mniej przy upadku)) , pamiętam tylko jak szoruję łokciem po dość szorstkim asfalcie. Muszę tu przyznać, że umiejscowienie służb medycznych na trasie było idealne, bo glebę zaliczyłem tak z 10 metrów od pani doktor :). Jakoś wstałem, na razie byłem lekko w szoku, więc nic nie bolało, więc tylko pokazałem pani, że mogę wszystkim zginać i po polaniu wodą utlenioną ruszyłem na trasę z chęcią niwelowania straconej minuty. Ale chyba adrenalina przestała szybko działać, bo się okazało, że biodro jest mocno stłuczone i kręcić pod górę zbytnio nie mogę, na zjazdach nie było lepiej, bo łokieć nie nadawał się do amortyzowania nierówności, w sumie łokieć poharatałem najmocniej i po chwili całe przedramię miałem zakrwawione, ale na szczęście w miarę szybko podeschło, ale wyglądałem jak Bruce Willis w Die Hard 3 :). No i w sumie z dobrego miejsca nici- do mety z 30km ,więc będę tracił z minuty na minutę.:( . Ale i tak dawałem z siebie wszystko. Kręciłem mocniej prawą nogą, aby lewa trochę mniej bolała, a na zjazdach zagryzałem zęby- trzeba było ten wyścig ukończyć i zdobyć punkty. No a po kolejnym podjeździe w końcu zobaczyłem upragniony i chyba ostatni w tym roku śnieg :)...wiedziałem, że gdzieś będzie, ale nie wiedziałem, że aż tyle :P. W niektórych miejscach dobre 25cm, a był dość mokry, więc dość skutecznie utrudniał jazdę. W okolicach Przesieki trasy dystansów amator i pro znów się połączyły, więc już mniej- więcej wiedziałem ile do końca. Pozostawał jeszcze podjazd po kostce, lekkie podejście i już zza gór wyłaniał się Karpacz. No i udało się, zmęczony, zakrwawiony, o jednej nodze, ale dojechałem. Trasa była dość ciekawa i urozmaicona. Maraton na pewno bym wspominał lepiej gdyby nie upadek. No ale reasumując, myślałem, że stracę więcej, a ostatecznie przyjechałem w open 32 i 23 w kategorii M2, niestety z dużą stratą czasową, co przekłada się na ilość punktów. Ot mówi się trudno, na upadkach człowiek się uczy i trzeba z tego wyciągnąć wnioski, no i dziękować Bogu, że nic poważniejszego mi ani rowerowi się nie stało. W sumie może to i dobrze, be przymusowo mam wyłączone z 2-3 dni z treningu i może odpocznę i nabiorę świeżości na kolejne wyścigi. Maraton był ogólnie pechowy dla większości moich znajomych. Jak już wspominałem Darek rozciął oponę, Marek miał kłopoty żółądkowe, w ogóle nikt oprócz mnie z maks teamu nie pojechał na duże kółko ( niestety to się odbije na klasyfikacji zespołowej :(, oby na kolejnych wyścigach było lepiej).