Pól roku temu gdy wracałem z Przesieki aż smutno się robiło, że maratony się kończą, a zaczną się na nowo dopiero za 6 miesięcy. Jednak ten czas zleciał bardzo szybko i nim się obejrzałem trzeba było się przygotowywać do startu w pierwszej edycji Ligi Bikemaraton w podwarszawskich Łomiankach. Po wyścigu w Twardogórze miałem pewne obawy co do mojej formy, jednak tu się dowiedziałem co znaczy dobry trener i prawidłowe zdiagnozowanie stanu zawodnika. Ten tydzień odpoczywałem, zero interwałów, zero podjazdów, spokojna jazda i trochę techniki, no i wyszło to na dobre, ale o tym za chwilę. Maraton w Łomiankach miał być moim pierwszym startem w grupie Maks Team, więc presja aby się pokazać była jeszcze większa, a że będzie ciężko, to dało się przewidzieć- w końcu Bikemaraton i Liga Bikeboard się połączyły i teraz jest mocna obsada.
Na maraton przyjechaliśmy trochę za późno, zaowocowało to czekaniem w długich kolejkach. Szczęśliwie start został opóźniony o 30min, ale i tak nie starczyło czasu, aby przeprowadzić porządną rozgrzewkę. Pocieszałem się, że to maraton i dystans jest długi, więc rozgrzewka kluczowego znaczenia nie ma. Szczęśliwie miałem miejsce w sektorze, stałem prawie na samym początku. Dosłownie 3 sekundy przed słowem start komuś wybuchła dętka, w sumie chyba niektórzy myśleli, że to komenda do startu :P. Pierwsze metry to wiadomo- jak najszybciej, prędkość błyskawicznie rośnie do 50 km/h, trochę nerwów na zakrętach, ale w sumie tłok się szybko rozładował. Starałem się trzymać koło tak aby nie tracić za dużo sił na początku a zarazem trzymać się mocnej grupy aby potem nie zostać ze słabszymi, bo współpraca na tym maratonie była podstawą, szczególnie, że gdzieniegdzie na odsłoniętych terenach troszkę wiało. No to jedziemy :) , zerkam na pulsometr..185, no to jest dobrze, wchodzę na wysokie obroty- sytuacja sprzed tygodnia się nie powtórzy :). Choć wiedziałem, że tętno musi prędzej czy później spaść ( w końcu organizm nie wytrzymuje zakwaszenia ) ciągle zerkałem na pulsometr i ciągle było wysokie, chyba jeszcze nigdy tak nie miałem, żebym przejechał całe pierwsze 40minut na tętnie powyżej 180. Po 40 minucie nastąpił spadek, ale nie było to nic drastycznego, od teraz jechałem na tętnie 175-180 i jak najbardziej mi to odpowiadało, zmęczenie było duże, ale do wytrzymania przynajmniej na razie tak myślałem :). Dystans się dłużył- ciągle to samo, Piasek i korzenie. Jedynie czasem było coś innego- ot bajorko przez które chyba lepiej było nie przejeżdżać z racji na jego głębokość, czy mała górka- jedyne miejsce które zmusiło mnie do zrzucenia z blatu... mogłem się powstrzymać, a potem napisać książkę 'maraton z blatu 2' :). Ogólnie wszystko było dobrze, jechałem mocno i trochę obawiałem się o to czy starczy mi sił. Na 33km zjadłem żel co by mieć choć zadatki energii ( bo czym że jest to 150 kcal w żelu w stosunku do ponad 4 tyś kcal straconych na maratonie :) ). Oczywiście prawie jak zwykle przed rozjazdem pojawiły się wątpliwości czy jechać pro czy amator, ale jakoś ta nazwa 'amator' nie podobała mi się, więc wybór był prosty. Po drugie pro to więcej punktów i większa szansa na sektor na kolejnym maratonie.
No to jedziemy dalej, czekam i czekam na jakiś kryzys a tu nic, nawet najmniejszego skurczu, tętno ciągle wysokie no i dobrze:). Na rozjeździe Robert cyknął mi fotkę, a potem ktoś krzyknął, że jestem 20. Nie jest źle, ale rewelki też nie ma. Cała nadzieja w tym, że siły mnie nie opuszczą i będę jechał równie mocno do końca. Tak też było, co jakiś czas udało mi się wyprzedzić i raczej nie starali trzymać się na kole albo po jakimś czasie odpadali. Minąłem kolegę Piotrka Tkaczuka ( dojechał pierwszy w M1 ), ale chyba mnie nie poznał, z racji zmiany teamu ( niektórzy nawet się pytali czy to nie kolega Darek Poroś, ale ja że śmiechem odpowiadałem, że on raczej by nie jechał w tej części stawki :P ). Jakoś w połowie drugiej pętli wymijałem kolarza w stroju Legionu ( Michał z Łodzi nr 2364 ), nic nie wskazywało, że się utrzyma, ale jednak trzymał się na kole jakiś dłuższy czas. Potem okazało się że miał kryzys i trochę go podratowałem. Dobrze się stało, bo jak wyszedł z kryzysu, to nam się dobrze współpraca układała i może dzięki temu obaj byliśmy dość wysoko. Jakoś 10-11 km przed metą dogoniliśmy dwójkę kolarzy ( jeden born'owiec). Przed asfaltem w Sierakowie trochę odskoczyliśmy tej dwójce, stracili kontakt z naszymi kołami, więc wykorzystaliśmy to- na asfalcie pojechaliśmy na zmiany co jakieś 30 sekund, prędkość doszła prawie do 40km/h, i byliśmy już pewni- do mety nas nie dogonią. Jechaliśmy pewnie i mocno choć meta była trochę dalej niż myśleliśmy :), jakoś na pierwszej pętli wydawało się że to już tuż, tuz za Sierakowem, a tu znak '5km'. No nic- trzeba jechać. Na 2km przed metą dogoniliśmy Remka Cioka. Gdy nas zauważył, przyspieszył. Jechaliśmy mniej- więcej równo, jednak Remek przed meta przyspieszył i ostatecznie był kilka sekund przede mną. Michał przyjechał zaraz za mną. Fajnie, że mogliśmy sobie nawzajem pomóc w trudnych momentach.
Maraton w Łomiankach z pozoru wydawał się prosty, jednak nie było tu czasu na odpoczynek, prawie zero zjazdów, cały czas trzeba było cisnąć w pedały. Maraton ukończyłem z czasem 3:22:22 ( oficjalnie 3:14:22- wszyscy mieli odjęte 8min, dlaczego...tego nikt chyba nie wie :P ), średnia prędkość 27.1, średni puls 175 ( średni puls z pierwszej pętli 178). Maraton ukończyłem na 13 miejscu Open i 10 w M2. Ogólnie jestem zadowolony. Maraton był pojechały równo i mocno. Na maraton przyjechało coś koło 1200 osób- wynik imponujący. Obsada była dość mocna. Na ten fakt może wskazywać to, ze gdybym rok temu w Łomiankach miał 11min straty do pierwszego, to bym był 3 open :). No cóż- zobaczymy co będzie dalej- wszystko okaże się w górach.